Uniesień szał cz.II










Oczami duszy mogłem sobie jednak tylko wyobrażać, jak wspaniale wyglądaliśmy pędząc na szalonym rumaku wprost w objęcia niewysłowionego szczęścia i niebotycznej ekstazy. Wielkie uniesienie, euforia i upojenie sobą wprowadziło nas w niesamowity stan. To był prawdziwy trans.

Tak, nie boję się tego powiedzieć: to był ten jeden z niesamowitych, odmiennych stanów świadomości, które trudno jest osiągnąć samemu. Najpiękniejsze w nim było to, że niesamowicie wyostrzona była moja wrażliwość na bodźce. Niezliczona ich ilość docierała do mnie i wywoływała emocje. Najpiękniejsze emocje, Jakie można było sobie wyobrazić.

Taki stan zawsze określałem, jako płynięcie po morzu rozkoszy i oceanie ekstazy, gdzie po uszy byłem w tych odczuciach zatopiony. Czasami mówiłem o wznoszeniu się i frunięciu gdzieś, ale nie wiedziałem nigdy gdzie lecę. Gdzie lecimy, bo ten stan osiągałem wraz ze swoją partnerką.

W każdym razie było to niezwykle wzniosłe, a nawet powiedziałbym, że mistyczne. Ktoś powie: Przecież to zwykły seks, przecież to zwykłe ciupcianie, ale dla mnie seks nigdy nie był czymś zwykłym i przyziemnym...


Sylwia opadła na mnie pozbawiona wszystkich sił. Ja zresztą też byłem zmęczony, ale jednocześnie szczęśliwy, że byliśmy tu i teraz, razem. Przytuliłem mocno Sylwię i nakryłem nas kołdrą, abyśmy zbyt szybko nie stracili tego gorąca, które wciąż z nas buchało. Byliśmy zupełnie jak rozżarzone kawałki węgla. Aż dziw, że od naszego ognia nie zajęła się pościel.

Nie wiem, jak długo leżeliśmy wtuleni w siebie, powoli dochodząc do świadomości. Czasu nie miałem zamiaru liczyć. Z niepokojem wpatrywałem się tylko w okno, czy przypadkiem nie robi się za nim już jasno. Na szczęście wciąż panował nocny mrok, delikatnie tylko zakłócany blaskiem ulicznych latarń.

Zasnąłem...

Kiedy otworzyłem oczy, pierwszą osobą, którą zobaczyłem, była oczywiście Sylwia. Opierała się plecami o ścianę, dla przyzwoitości okryła się kołdrą i patrzyła na mnie. Uśmiechnąłem się i podniosłem.

– Jak się czujesz? – spytała.

– Dziękuję, czuję się wspaniale – odpowiedziałem zgodnie z prawdą – a ty?

– Cudownie. Jestem trochę zaskoczona, ale pozytywnie.

– Czym zaskoczona?

– Wiesz... po raz pierwszy w życiu poszłam z facetem do łóżka już na pierwszej randce, Jeżeli oczywiście nasze spotkanie można określić, jako randkę.

– Czyżbyś żałowała tego, co się stało, a ja powinienem się już wynosić?

– Nie! – zaprotestowała żywo – nie o to mi chodzi. Po prostu stwierdziłam tylko fakt, że taka rzecz zdarzyła mi się po raz pierwszy. Zawsze zaliczałam się do tych rozważnych, a teraz poszłam za porywem.

– Ja już jakiś czas temu przekonałem się, że nie ma sensu za dużo o czymś rozmyślać i zastanawiać się: czy to zrobić, czy nie? Czasami szansa mija bezpowrotnie i nigdy już nie wraca.

– Czyli: lepiej zgrzeszyć i żałować...

– Dokładnie. Ja absolutnie nie żałuję, a nawet jestem niezwykle szczęśliwy, że los nas ze sobą zetknął. Jesteś dość podobna do osoby, którą kiedyś znałem...

– Jakieś reminiscencje?

– Tak – przytaknąłem – szczególnie na tle "Szału uniesień". To też bardzo ważny obraz w moim życiu.

– Jak będziesz chciał, to wtedy mi opowiesz, dobrze?

– Mogę nawet i teraz, jeśli cię nie zanudzę i będziesz miała ochotę mnie posłuchać.

– Jasne.

Opowiedziałem Sylwii całą historię. Opowiedziałem o Annie, o tym, jak zaraziła mnie sztuką, opowiedziałem o fascynacji obrazem Podkowińskiego. Opowiedziałem, że w roli modelki zawsze widziałem tam Annę. Opowiedziałem o naszym uczuciu. Opowiedziałem o wszystkim.

– Tak to właśnie było – zakończyłem opowieść – nie zostało nam wina? Trochę zaschło mi w gardle.

W butelce rzeczywiście było jeszcze trochę alkoholu. Napełniłem więc literatki.

– Nie chciałam być aż tak wścibska – zaczęła Sylwia próbując się usprawiedliwić.

– Wszystko w porządku – zapewniłem ją – Cieszę się, że mogłem wreszcie komuś o tym powiedzieć. Do tej pory tłumiłem w sobie te wspomnienia.

– Nie można żyć tylko wspomnieniami. Nie można wciąż karmić się żalem i tęsknotą i wszystkimi tymi uczuciami, które w nadmiernej ilości, mogą ciągnąć człowieka na dół.

– Wiem o tym – powiedziałem – Zdaję sobie sprawę, że wcześniej za nadto oderwałem się od życia. Pozostałem w tyle, a życie wystrzeliło do przodu nie patrząc na mnie i nie zastanawiając się dlaczego tak bardzo pozostałem w tyle...

Po moich słowach, zapadła pomiędzy nami cisza. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, próbując przejrzeć się na wskroś i być może odczytać coś jeszcze, coś, czego nie powiedzieliśmy słowami. Cisza trwała i wydawało mi się, że jest zawieszona między nami, jak firanka lub kotara. Nieomal mogliśmy jej dotknąć.

Przybliżyliśmy się do siebie i zaczęli delikatnie całować. Sylwia objęła mnie mocno za szyję, ja objąłem ją w pasie i trwaliśmy tak połączeni przez długie, długie minuty. Wiszący na ścianie zegar odmierzał je z iście zegarmistrzowską precyzją. One powoli spadały na ziemię rozbijając się o parkiet. A my płynęliśmy przed siebie w tą mistyczną noc, coraz dalej i dalej oddalając się od brzegów.

Było to niesamowite.


Kobieta zawsze wydawała mi się być jedną, wielką strefą erogenną. Szyja, kark, uszy, pośladki, zgięcia kolan – wszystko to miejsca równie ważne w pobudzaniu kobiety. Nigdy o tym nie zapominałem. Każdy element, każda część ciała była ważna. Bardzo ważna, ale także niezwykle indywidualna. 

Ale, oczywiście, prym na tym polu wiodła prawdziwa królowa – Clitoris. Stymulacja jej zawsze przynosiła największą rozkosz. Zawsze więc dawałem z siebie wszystko, co najlepsze, na tym polu. Dotyk, siła oraz rytm – każdy z tych elementów był ważny. Nigdy się nie oszczędzałem.

Nie oszczędzałem, ani też nie spieszyłem się. Pośpiech nigdy nie prowadził do niczego dobrego. Zawsze lepiej było zwolnić i w niezwykle ślamazarnym tempie posuwać się do przodu.

Ale była nie tylko ona...

Najpierw delikatnie pieściłem dłonią jej szparkę. Później złożyłem palce na kształt nożyc i skierowałem je w dół podbrzusza Sylwii i masowałem jedynie jej zewnętrzne wargi sromowe. Wchodziłem palcami coraz głębiej, od czasu do czasu wysuwając je delikatnie i pocierając koniuszek łechtaczki oraz wargi wewnętrzne. Teraz nakryłem dłonią cały wzgórek łonowy Sylwii. Moje rozzapierzone palce w całości go przykrywały. Po niedługiej chwili dłoń zastąpiłem dwoma palcami, który mi zjechałem ze wzgórka w okolice łechtaczki. Zacząłem pieszczoty, wyczuwając najbardziej wrażliwe miejsce.

Za pomocą palców ślizgałem się po jej łechtaczce i wokół niej, rysując niezwykle mistyczne ósemki.

Wróciłem do pieszczot oralnych. To był już najwyższy czas, aby przejść do prawdziwego creme de la creme. Przytknąłem wargi do rozgrzanej i już wilgotnej szparki Sylwii. Zacząłem delikatną, powolną i subtelną stymulację. Jeśli chodzi o ten rodzaj pieszczot to zawsze byłem bardzo sumienny. Uważam je za najgenalniejsze pieszczoty. Nie ma lepszych.

Sylwia wspaniale smakowała. Uwielbiałem ten lekko kwaśny, delikatnie słonawy smak. Był niesamowicie przyjemny. Nieraz przyrównywałem go do zapachu piwonii, piżma, miodu czy chleba. W każdym razie, zawsze dobrze mi się kojarzył. Zawsze też byłem wniebowzięty. Teraz oczywiście też tak było.

I oczywiście – żadnego pośpiechu, żadnego gonienia przed siebie na ślepo, byle tylko do przodu. To nie tędy prowadziła ta droga.

Zrobienie dobrej minety nie jest tak skomplikowane, jakby mogło się wydawać, ale trzeba być bardzo czujnym, rozważnym i delikatnym.

Kobiety zazwyczaj potrzebują

klimatu, delikatności i stopniowego

intensyfikowania dotyku. Zacząłem pieścić,

głaskać i lizać całe ciało, kierując się ku

udom. Ich wewnętrzna strona to wyjątkowo

wražliwa strefa erogenna, więc poświęciłem im dłuższą chwilę. Potem przeszedłem do delikatnego lizania całego sromu i wreszcie skupiłem się na łechtaczce.

Rodzaj ruchów języka i warg oraz ogólna

technika wykonywania minetki także są bardzo ważne. Byłem niezwykle kreatywny i nie ograniczałem się tylko do lizania. Zasysałem delikatnie łechtaczkę, podgryzałem, pocierałem, zapaczałem kółeczka językiem, lizałem z góry na dół i

odwrotnie, wsuwałem język do przedsionka

pochwy. 

Moje palce znowu włączyły się do gry. Zataczałem nimi małe kółeczka u wejścia do pochwy, wsuwając je i wysuwając. Taka podwójna stymulacja jest szalenie podniecająca.

Wszystko to przynosiło pożądane efekty. Sylwia coraz bardziej zanurzała się w ekstazie, by po niedługim czasie wyjść na ostatnią prostą. Wreszcie przecięła linię mety. Dobrze wiedziałem, że tak było, bo odczułem to wyraźnie na języku i ustach...

Posmakowałem prawdziwej boskiej Ambrozji. Ambrozja – nektar i pokarm bogów. Jedyny pokarm.Tak. To było właśnie to. Tak na pewno musiała smakować Ambrozja. Dziś w nocy miałem zaszczyt dołączyć do elitarnego grona konsumentów...


C. D. N.

Zdjęcia: www.sexeo.pl














Komentarze

Popularne posty z tego bloga

CIOTKA KATARZYNA Cz. I

Owoc bardzo zakazany cz.I

Złota Fantazja – Bianka cz.I