Darosław i Klotylda cz.I
Klotylda odnalazła mnie późnym popołudniem w moim ulubionym i przede wszystkim zacienionym miejscu, gdzie dochodziłem do siebie po spożyciu dużej ilości zacnego oraz przedniego wina. Nie żałowałem sobie. Co prawda, żadnej okazji do hucznego świętowania nie było, ale ten brak także okazał się być wyśmienitą okazją, by wypić symboliczne cztery, może pięć litrów. Wino zacne było niezwykle i szybko do głowy poszło. – Darosławie! – głos Klotyldy brzmiał nadzwyczaj głośno, a wręcz piskliwie w moich uszach - Darosławie! Wybacz proszę, że zakłócam twój spokój, ale mam do ciebie ważną sprawę... Zastawiłem sobie uszy dłońmi. Z trudem podniósłem się do pozycji siedzącej. Klotyldy dokładnie i wyraźnie nie widziałem. Jej obraz był rozmyty. Przechyliłem więc jeszcze jeden kubek wina, który na szczęście miałem w zasięgu ręki. – Oooo... – wyrzuciłem z siebie – Tego mi było potrzeba. Obraz Klotyldy stał się wyraźniejszy. Kontury wyostrzyły się znacznie i było dużo lepiej, chociaż jeszcze daleko do idea...