Karina – poranna fantasmagoria
Poranne słońce bezpardonowo spadało do pokoju poprzez szeroko otwarte okna. Już dawno ściągnęło ze mnie kołdrę nocnego mroku, którą byłem przykryty i zobaczyło mnie w pełnej krasie. Zawsze sypiałem nago. Tylko zimową porą zakładałem na stopy skarpetki. Umieranie bowiem zaczyna się od stop, więc chciałem zabezpieczyć się maksymalnie w tym względzie. Podejrzewam, że na zegarze była godzina 5:00.. Tak to jest pod koniec czerwca, że słońce pojawia się na niebie bardzo wcześnie. Ja jeszcze spałem. Zanurzony byłem prawie w całości w otchłani snu, ale powoli zaczęły docierać do mnie dźwięki z zewnątrz. Ptaki się rozśpiewały, a na drodze zaczął potężnieć ruch samochodów. Nowy dzień budził się do życia. Usłyszałem ciche skrzypnięcie otwierających się drzwi mojego pokoju. Po chwili ciche kroki, które zbliżały się do mojego łóżka. To musiała być Karina, bo nikogo innego nie było przecież w domu. Obserwowałem ją spod przymkniętych powiek. Podeszła do łóżka i stanęła przyglądając się uważnie mojej ...